Z perspektywy czasu ewolucja serii Tomb Raider ukazuje fascynujący, a zarazem trudny proces zderzenia legendy z nowoczesnością. Dawniej kreowanie przygód Lary było zadaniem znacznie prostszym, ponieważ tradycyjna kartografia pozostawiała twórcom ogromny margines swobody. Mapy, choć wyznaczały granice kontynentów, nie oferowały wglądu w detale terenu. Pozwalało to niemal bezkarnie nanosić na nie nieistniejące miasta i ukryte w dżungli świątynie. Ta luka w powszechnej wiedzy stanowiła fundament wiarygodności gier, chroniąc autorskie wizje przed konfrontacją z faktami. Wyobraźnia graczy karmiła się brakiem precyzyjnych danych, akceptując każdą nową lokację jako potencjalnie realny fragment nieznanego świata. Dziś jednak ten romantyzm odkryć musi ustąpić miejsca rzeczywistości, w której nasza planeta stała się całkowicie przejrzysta i skrupulatnie zarchiwizowana.
Największym wyzwaniem dla współczesnych scenarzystów stała się technologiczna wszechwiedza, reprezentowana przez zaawansowane skanowanie terenu metodą LIDAR. To, co dla archeologii stało się błogosławieństwem i nieocenioną pomocą, dla twórców gier utworzyło poważną niedogodność utrudniającą budowanie wirtualnych światów. Wiązki lasera potrafią dziś dotrzeć do w nawet najbardziej odległych miejsc i spojrzeć przez najgęstsze korony drzew, demaskując każdą strukturę ukrytą pod warstwą mchu czy roślinności. W świecie, gdzie cyfrowe oko satelity potrafi precyzyjnie wyrysować fundamenty budowli w sercu niedostępnej dżungli, niezwykle trudno jest umieścić niezbadaną lokalizację tak, by nie budziła ona uśmiechu politowania. Wszechobecność danych odbiera wirtualnym światom ich pierwotną aurę tajemnicy. Wymusza to na projektantach szukanie nielicznych już luk w globalnym systemie informacji lub coraz częstsze przymykanie oka na rzeczywistość.
Problemem nie jest wyłącznie sam rozwój technologii, lecz także ogólna zmiana mentalności współczesnego odbiorcy. Dzisiaj gracze dysponują nieograniczonym dostępem do wiedzy i wykazują się ogromnym wyczuleniem na punkcie realizmu geograficznego czy historycznego. Dawniej dominowała cicha zgoda na uproszczenia, natomiast dziś każdy detal jest weryfikowany przez społeczność, która doszukuje się autentycznych odniesień. Co więcej, w dobie globalizacji i ścisłej kontroli przepływu dóbr kultury, sam motyw bohaterki działającej na własną rękę i zabierającej cenne artefakty do własnego domu staje się coraz trudniejsze do obrony. Świadomość realiów prawnych, międzynarodowych procedur oraz wszechobecnej biurokracji sprawia, że dawny model działania kłóci się z dzisiejszymi standardami etycznymi i logistycznymi. To czyni klasyczną formułę serii coraz bardziej anachroniczną.
Dodatkowym czynnikiem niszczącym ducha przygody jest także świadomość o błyskawicznej komercjalizacji każdego odkrytego zadbytku. W dobie masowej turystyki niemal każde stanowisko archeologiczne zostaje natychmiast wchłonięte przez globalny rynek, stając się celem wycieczek i obiektem całodobowej ochrony. Dla przygód Lary oznacza to brak miejsca na intymną eksplorację w znanych zabytkach, ponieważ każda piramida czy większa świątynia jest dziś otoczona kordonem cywilizacji. Z tego też powodu, twórcy gier stają przed koniecznością osadzania fabuły w miejscach fikcyjnych lub całkowicie skrajnych, bo tylko tam mogą rozwinąć fabularnie skrzydła bez popadania w kolidujące z rzeczywistością absurdy. Tworzenie każdej kolejnej odsłony serii staje się więc coraz trudniejszym wyzwaniem. Wymaga ono od autorów nieustannego naginania rzeczywistości lub ucieczki w fantastykę, by w świecie pozbawionym niezbadanych rejonów wciąż było co odkrywać. Ostatecznie największym wyzwaniem dla Lary nie są już pułapki starożytnych budowniczych, lecz rzeczywistość, w której każdy cal ziemi został już zmierzony, opisany i wystawiony na sprzedaż.